Odszkodowanie a pojazd zastępczy – runda 2.

www.sxc.hu

W jednym ze styczniowych wpisów, opisaliśmy perypetie pewnego przedsiębiorcy, który walczy z zakładem ubezpieczeń o wypłatę odszkodowania za wynajem auta zastępczego na okres naprawy samochodu uszkodzonego w kolizji.

Z przyjemnością informujemy, że dzięki wytrwałości i uporowi udało się uzyskać od ubezpieczyciela to, co od początku się poszkodowanemu należało.

Poniżej publikujemy skan pisma, jakie dnia 8 lutego skierował ubezpieczyciel.

Kolejny raz w piśmie znajdujemy bardzo ciekawe fragmenty:

- obecnie nie ma jednoznacznego uregulowania prawnego dotyczącego kwestii refundacji kosztów pojazdu zastępczego,

- wyroki SN nie stanowią wykładni prawa,

- ubezpieczyciele w tych kwestiach postępują zgodnie z wytycznymi opracowanymi przez PIU,

- nasze stanowisko jest ostateczne.

Ciekawa jest pierwsza z uwag na temat braku jednoznacznego uregulowania prawnego dotyczącego kwestii refundacji kosztów. Zatem ciekawe jakie są te niejednoznaczności:)

Czy aby tak jest?

W przypadku gdy szkoda likwidowana jest z tytułu obowiązkowego ubezpieczenia OC posiadaczy pojazdów (…) zakład ubezpieczeń jest obowiązany – zgodnie z zasadą wyrażoną w art. 361 § 2 k.c. – do pokrycia normalnych następstw szkody.

Jeżeli zatem poszkodowany wykaże, iż koszty które poniósł tytułem wynajmu pojazdu były konieczne, wówczas zakład ubezpieczeń jest obowiązany do ich wyrównania.

Druga sprawa to czy wyroki SN stanowią wykładnię prawa… W tym miejscu każdy prawnik się uśmiechnie, bo o ile wyrok SN nie stanowi prawa, to akurat wykładnią wydaje się być najpewniejszą. Na marginesie trzeba uznać, że to chyba te „nie stanowiące wykładni prawa” wyroki SN podane w odwołaniu przyczyniły się do zmiany decyzji ubezpieczyciela.

Co jeszcze ciekawsze – skoro wyroki SN nie stanowią wykładni prawa, to po co Rzecznik Ubezpieczonych zwrócił się do SN z pytaniem odnośnie refundacji kosztów pojazdu zastępczego? Nie ma w tym żadnej logiki.

To jakimi dokumentami posługują się ubezpieczyciele to – mówiąc wprost – nikogo (w tym poszkodowanego) nie powinno interesować. To co wiąże ubezpieczycieli oraz poszkodowanych to przepisy powszechnie obowiązującego prawa a nie jakieś wytyczne opracowane przez Polską Izbę Ubezpieczeń – która, jak sądzę, nie musi koniecznie trzymać z ubezpieczonymi.

Co do ostateczności stanowiska ubezpieczyciela – no cóż, ostateczna to może być decyzja administracyjna, ale jak rozumiem ubezpieczyciel nie ma już ochoty na dalszą polemikę i pewnie liczy na to, że pozwu o brakujący 1.000 zł nie będzie.

Otóż będzie:) I tym przypadku to nie jest pieniactwo czy awanturnictwo. To jest rzeczowe przedstawienie jednolitego stanowiska poszkodowanego. W zestawieniu z trzykrotnie zmienioną argumentacją ubezpieczyciela i faktem, że uznał roszczenie wypłacając 75% żądanej kwoty, postępowanie sądowe powinno być jedynie formalnością.

Przewiduję, że całe postępowanie zakończy się w ciągu paru miesięcy, cała sprawa w ciągu roku. Dotychczas koszty poniesione w walce z ubezpieczycielem to raptem 4 znaczki pocztowe i mnóstwo czasu. Ale to się opłaca.

Natomiast to, co nie jest normalne, to zapieranie się przez ubezpieczyciela przez pół roku, że nie ma podstaw do wypłaty odszkodowania a na końcu i tak odszkodowanie jest wypłacone. Ba, po stronie ubezpieczyciela przecież co najmniej kilka osób musiało to pismo zobaczyć, zweryfikować i odpisać – czy to nie generuje kosztów?


Tagi: , , , ,

Możliwość komentowania jest wyłączona.